Warsztaty Harmonijkowe pod żaglami
Dodał: Armando 2010-06-23 23:25
ROZGRZEWKA
8 maja.
W pochmurne południe, na parking nieopodal mariny
w Splicie zajeżdża autokar, w którym całą noc dość hucznie
obchodzono 65 rocznicę zakończenia radzieckiej wojny ojczyźnianej.
Siłowniki powoli uchylają drzwi, w których natychmiast pojawiają
się pierwsi podróżni. Sprawne wieloletnią praktyką nadgarstki
uruchamiają zapałki i zapalniczki i już po chwili błękitne
smużki dymu ślizgają się po szybach pojazdu aż do dachu,
niechętnie się od niego odrywając. Pierwsze krople dżdżu nie
zatrzymują wylewającej się na ulicę ludzkiej fali, powodują
jednak lekkie zdziwienie : czy kierowca nie pomylił trasy ? To jest
ta słoneczna Chorwacja ? Na dodatek słychać złowrogie
sssssyczenie. To inne mechanizmy otwierają luki bagażowe. Deszcz
narasta, ale tylko nieliczni zwracają uwagę na wyraźne sugestie
kierowców, że to jednak koniec trasy i wyciągają swoje torby,
szukając w nich okryć przeciwdeszczowych. Z czasem wszystkie
bagaże lądują na asfalcie i odnajdują swoich właścicieli. Ulewa
wciąż się wzmaga, a lekko ogłuszony tłum kręci się po parkingu
szukając jedynego słusznego schronienia przed przemoczeniem
świeżutko wyprasowanych T-shirtów. Nagle ktoś rzuca :
- Do mariny musimy iść w lewo i w
dół.
- Do jakiej Maryny? To miały być
warsztaty bluesowe a nie jakiś folk !
Tłum rusza powoli, jak żółw ociężale i rytmicznie
przyspiesza w takt zacinających kropel.
Samozwańczy przodownik stada zatrzymuje całą procesję w
porcie przy biurze armatora i znika za jego drzwiami. Po chwili
wszyscy mogą już zabezpieczyć swój dobytek w pobliskim kontenerze
choć nadal nie wiedzą jak uchronić siebie samych przed ulewą.
Pada hasło : do baru !
Z każdą wydaną zza kontuaru kawą i piwem humor
przyjezdnych zdaje się poprawiać, ale nie brakuje nieufnych
spojrzeń na spływające po szybach kawiarni krople. Oczekujący na
wydanie jachtów nie śpieszą się, mając nadzieję na nagłą
odmianę aury, ale kiedy już wszystkie filiżanki i kufle są puste,
do kontrataku ruszają kelnerzy. Jeden żwawo zbiera naczynia z ław,
drugi uzbrojony w mopa zaczyna systematycznie wymiatać gości.
Oportunistom tłumaczy, że lokal jest zarezerwowany nie przerywając
mlaskania ścierką.
Kolejno opuszczając kawiarnię, wszyscy gromadzą się na
tarasie, częściowo pokrytym parasolami. Kapiące z powiek krople
spłukują budujące się w oczach pioruny, ale i tak widać że
suszący podłogę kelnerzy nie czują się pewnie i cały czas
ostentacyjnie spoglądają na swoje „komórki”. Teraz cała
grupa przypomina kolonię pingwinów w mroźny, arktyczny dzień,
choć pingwiny są zazwyczaj bardziej skupione na przetrwaniu, a nie
na opowiadaniu dowcipów. Przykładną odwagą wykazują się
skiperzy, którzy w strugach deszczu wyruszają na odbiór łódek.
Niedługo potem nimbusy bezpowrotnie opuszczają Split, a
pojedyncze krople leniwie kołyszą się na bomach i cała wycieczka
rozpoczyna wyładunek w kajutach. Na początku, jak zwykle robi się
wielkie zamieszanie. Wszystkie bagaże lądują w kokpicie skutecznie
uniemożliwiając poruszanie się po łódce. Trap wydaje się za
wąski do mijania, a wybór kajuty niesie ze sobą wiele wątpliwości.
Znów wkraczają dzielni kapitanowie i niczym stójkowi na rondzie
regulują ruchem pakunków, załogi i stressu. Jakaż to błoga
chwila, kiedy rozpakowana już załoga, ale nadal lekko spłoszona
posłusznie siada w messie i w skupieniu słucha wykładu skipcia, a
to o wachtach, to znów o działaniu kingstona. Chłoną wiedzę, jak
to się mówi „ jak gąbka”. Bawią się zaworkami i pompują
wodę do kibelka dziwiąc się strumyczkowi biegającemu po muszli i
znikającemu w otchłaniach Adriatyku.
- To co robimy z papierem ?
- Jaja sobie z nas robisz !-
spoglądają na siebie w oczekiwaniu, że skipper innych też
„wkręcił”
Prelekcja dobiega końca, rum także, wreszcie można spokojnie
popatrzeć na widok portu, poszarpane falami morze i zlustrować
okolice dla uzupełnienia właśnie nadszarpniętych zapasów. Tak
więc część załóg rozpierzchła się po nadmorskim bulwarze
smakując przy okazji wąskie uliczki starówki, inni zajęli się
wieszaniem flagi imprezy na topenancie i ensignów pod lewym
salingiem, pozostali natomiast utworzyli zbiegowisko wokół Satka
Żukowskiego, organizatora warsztatów, wyciągającego coś z auta.

Najpierw
z bagażnika na betonowy pirs tuż przy jachtach wylądowały
stelaże, zaraz po tym Satko dokręcił do nich głośniki,
porozwijał kabelki, połączył z mixerem i zaprosił pierwszych
muzyków do jamowania. Kto zaczął ? Nie wiem, ale dźwięki
harmonijki przy akompaniamencie gitary wabiły i hipnotyzowały. Na
wszystkich sześciu łodziach imprezy, w zejściówkach pojawiały
się łebki, i niczym pieski preriowe wyciągały szyje nasłuchując
skąd płyną dźwięki, a kto już nie mógł sforsować schodów w
messie, popijając „herbatę” stukał obcasem nie zamienionego
zawczasu na japonki podróżnego mokasyna.
Zmierzch nadszedł niepostrzeżenie i najbardziej
zaskoczył skiperów stojących nadal na skylightach przy masztach, z
linkami flagowymi w zmurszałych dłoniach i z rozdziawionymi
paszczami. Teraz oni dostawali lekcję pokory widząc jak sprawne
mogą być palce, usta i języki. Tupali dowolną stopą do rytmu po
plexie okienka, kiwali się do rytmu, ale nie byli w stanie ukryć
swojego zaskoczenia. Żółte światła latarń na keji dawały
wystarczający nastrój zmieniającym się przy mikrofonach
bluesmanom. Nigdy nie starzejące się „kawałki” morze niosło
po całym porcie jeszcze długo. Kak dołgo ?Aż nagle wszystko zgasło.
Tak właśnie
zainicjowaliśmy I Międzynarodowe Warsztaty Harmonijkowe pod
Żaglami.
PIERWSZE DORSZE ZA PŁOTY
Niedzielny poranek miał być
leniwy, powinien z rozwagą rozkręcać nastroje. Pewnie tak by się
stało, gdybyśmy wstali pół godziny wcześniej, a na pewno gdyby
prowadzący flotę Mariusz wstał nieco później. Widząc
głównodowodzącego czyniącego przygotowania do wyjścia, pozostali
kapitanowie w popłochu parzyli kawy, klarowali łódki nie oglądając
się na załogę, z prędkością „kałacha” tłumaczyli
nowicjuszom procedury odejścia od keji. Łukasz Wiśniewski krążył
pomiędzy jachtem, na którym nie ostygła jeszcze jego pościel, a
łodzią na której wkrótce ma rozpocząć warsztaty harmonijkowe.
Lwia część załóg niczym mrówki dreptała w pochodzie do i z
toalety, czule tuląc przybory i ręczniki. Idąc Tam, skruszeni
kontemplowali każdy skrawek betonowego pirsu, wracali już
rozpromienieni, gotowi do wyzwań. Tego rozgardiaszu zdawał się
zupełnie nie rozumieć Kapitan Ponury. Popijał spokojnie piwko, by
na rejs mieć świeżą popielniczkę w kokpicie, a do mijających go
uśmiechał się unosząc zawsze tylko jeden kącik ust, czasem lekko
się kłaniał, a czasem nawet podnosił dłoń w geście „ave”.
Zaburczały pierwsze silniki,
odłączone zostały kable i węże. Trapy powędrowały na burty i
flota opuściła marinę. Aż do główek portu Split klarowano cumy,
upychano fendery i dojadano śniadanie. Pierwsze kilka Mm płyniemy
na silnikach, dając szansę prowadzącym zajęcia do poznania swoich
owieczek. Na różne łódki rozstawieni zostali instruktorzy
harmonijki : Romek Badeński, Bartek Łęczycki, Łukasz Wiśniewski
i Krzysiu Gąszewski. Klasą gitary trzęsie ( także ze śmiechu)
Jacek Jaguś .... . Ogólna atmosfera jest luźna, lekki wiaterek i
pomruk „kataryny” nie przeszkadza w zabawie. Po minięciu
Splitskich Vrat ( Brac vs. Solta ) na masztach pojawiają się
pierwsze żagle i milkną silniki. Jeszcze mila i cała flota mknie
na pełnym ożaglowaniu pozornie tylko rozpierzchając się. Skiperzy
poznają jachty. Niektórzy są zdziwieni, że bajdewind jest dla ich
łódki nieosiągalny i odpadają na Vis. Inni nadal mrucząc
ćwiczony przed chwilą temat walczą z szotami i trymlinkami aby nie
odpaść za daleko od kursu na Hvar. Na 12-letnim Elanie skipcio
walczy z zaworami w kibelkach, a załoga majstruje przy autopilocie.
Łodzie gną się coraz bardziej wywołując u wszystkich euforię.

Kanał pomiędzy Palmiżanem i
Hvarem to miejsce gdzie wszyscy zrzucają żagle i znów na silnikach
ustawiają kurs na port miejski w Hvarze. O typowej dla polaków
godzinie obiadowej wszyscy stoją już na mooringach, a że przechył
skutecznie zniechęcił załogi do korzystania z toalet pokładowych
w czasie rejsu, rozpoczęto Match Racing do toalet miejskich.
Cumujemy kilkadziesiąt metrów od
rynku starówki, bezpośrednio przy promenadzie i kawiarnianych
ogródkach. Wachty pichcą, niektórzy z nas popijają dołgą kave
patrząc z dystansem na łodzie, reszta rozeszła się zwiedzać
miasto. Jest kilka godzin czasu do zaplanowanego koncertu.Satko ze Stachem zajęli się
rozstawianiem nagłośnienia w ogródku przed wejściem do hotelu.
Tym razem na stelażach zawisł baner wszem wieszczący, że
warsztaty są Memoriałem Ryszarda Skiby Skibińskiego. Przy wejściu,
wśród palm dumnie łopoczą imprezowe flyery. Dzień kończy się
powoli, ostatni fotoamatorzy powracają z usadowionej na pobliskim
wzgórzu starej twierdzy. Jaguś podłączył piecyk na jachcie i
kontynuuje ćwiczenia, a małe grupki harmonijkarzy piskają rozsiane
tu i ówdzie.
I kiedy już zgasło słońce, a
port oświetliły światła potężnego powerboat`a pod gibraltarską
banderą, zabrzmiały pierwsze dźwięki „ Hard Times”. Piotr
„Grząski” Grząślewicz na gitarze i Łukasz „Wiśnia”
Wiśniewski – harmonijka, vocal, precyzyjnie manipulowali
narastającymi emocjami. Parki przechodniów w różnym wieku
zatrzymywały się czasem na dłużej, przytulali się mocniej niż
zwykle, kołysali z wtulonymi w siebie twarzami zatopieni w rytmie
„Ain`t no sunshine”. Już wiecie jak grali ? Poszukajcie w
internecie, a najlepiej kupcie ich płytę, bo mój warsztat za
kiepski jest na takie opisy. I przyszedł taki moment, kiedy
Wiśnia zaprosił na scenę zmiennika, potem następnego i jeszcze
jednego, a i Grząski przełączył się na odbiór. Zachwycona naszą
aktywnością restauratorka pomagała kelnerom, my dbaliśmy o
muzyków, oni dbali o nas, a my o restauratorkę. Tak właśnie
stworzyliśmy własny, mały ekosystem z łańcuszkiem pokarmowym.
VOMITSDAY
Zgodnie z założeniami,
poranki zaczęły się przesuwać powoli w kierunku południa. Po
wczorajszym jam session, pierws ze kawy można było śmiało pić w
otwartych już kawiarniach, markety także zapraszały do trwonienia
Kun ( i jak to Cielak stwierdził : i ich młodych- chomików). Za
to na targach rybnych o tak późnej porze wybór był nijaki. Po
wykonaniu rutynowych już czynności, z Hvaru wychodziliśmy jak to
mój logbook wskazuje o 0915 UTC( czyli 1115 local ). Lekko
zciszyłem Radio Split, które podawało prognozę : Yugo S / SE do30 Kts. Krótko po wyjściu
na otwartą wodę zapuściliśmy napęd ECO i poszliśmy na południe
ostrym bajdewindem. Z upływem mil fala rosła, wiatr tężał,
łodka kładła się na starboard, a facjaty załogi zlewały się z
bielą kokpitu. Chyba nikt wtedy nie myślał o zajęciach
muzycznych, ale pewności nie mam. Moja załoga opatulona po czubki
głów uparcie wpatrywała się w znikający za rufą Otok Hvar, a ja
cyklicznie sprayowałem im oczy ( i nie tylko) morskim płynem
fizjologicznym. Tutaj mała dygresja; ponoć popełniłem błąd, bo
płyn zwilżający gałki ma inne stężenie soli. W każdym razie u
większości załogantów błędnik rozpaczliwie czepiał się
jakiegokolwiek punktu na horyzoncie, a czarna otchłań za zejściówką
stała się Tabu. Kiedy pierwsze vomity ujrzały światło dzienne,
radio pokładowe stało się prawdziwym medium bookmacherskim:
Makarska,Makarska,Makarska,
tu Hvar... kanał 72, odbiór
Hvar, tu Makarska
odbiór
Makarska, Grand Prix
dla Igny.
Makarska,Hvar, tu
Studevac, najwyżej Day Prize, Grand Prix z wczoraj dla moich
Hvar ilu u Ciebie ?
Tu Hvar,... trzech
Tu Makarska,... mamy
remis, bez odbioru
I takie to rozmowy
towarzyszyły testom skorup łodzi na wysokiej, dość krótkiej
fali. Skipperzy to jednak litościwi ludzie, którzy zazwyczaj
wyczuwają granice znośnych tortur w odpowiednim momencie włączając
silniki i zrzucając żagle. Wprawdzie fale wtedy nadal miotają
jachtem, przez kokpit nadal przewalają się spraye, ale załoga wie
że skipcio o nich dba. Scenariusz ten sprawdził się i tym razem, a
kiedy w zatoce Vela Luka prawie zanikła fala a wiatr powoli suszył
ubrania, nikomu już nie przeszkadzała lekka mżawka.
Zaberthowaliśmy łodzie w porcie miejskim Vela Luka, klar poszedł
już sprawnie i większość z nas uzbrojona w fotoaparaty rozpoczęła
explorację małego miasteczka. Ja natomiast uzupełniłem zapas
miejscowych ćmików i poczłapałem w mokrych laczkach do kafejki,
gdzie umówiony mieliśmy następny koncert. Po krótkiej pogawędce
z właścicielem Casablanki, kawiarni na rogu portowego placu,
rozlokowałem sprzęt i czekałem na gości. Jak zwykle wieczorem
bar zapełniał się powoli, i jak zwykle tuż po zmroku, w scenerii
podświetlanych palm miał się rozpocząć koncert. Wcześniej
jednak Krzysztof „Gąsiu” Gąszewski przygotował wszystkim
warsztatowiczom krótki wykład. Kompletnie nie kumam tych G7,EMajów,
czy durów, a pentatonikę uważałem za oddział pentagonu lecz
postanowiłem posłuchać. Gąsiu włączył na lapku jakiś rytm i
zagrał do niego gamę. Potem ciągle kombinował z muzą na kompie,
i urozmaicał sobie gamy, aż zrozumiałem że mając odpowiednie
narzędzie oraz chęci można cały wieczór ćwiczyć w kółko to
samo bez znudzenia. W sumie fajna zabawa, jeśli ma się słuch. Częstując na powitanie
nowo przybyłych miejscową rakiją, nie zauważyłem kiedy Jacek
„Jaguś” i Bartek „Boruta” Łęczycki dali początek nowej,
długiej bluesowej nocy. Chyba tego właśnie wieczora, już w części
jammowej pierwszy raz zaprezentowali się uczestnicy z Rosji.
........ wymiatał na harmonijce wspierany przez własną sekcję
rytmiczną. Znaliśmy się już od przynajmniej 40 Mm, więc i na
tańce przyszedł czas, ale o tym pisać nie warto. Tańce jakie są,
każdy widzi.
MARTWA FALA
Adriatyckie poranki już
powszednieją, z reporterskiego więc obowiązku podaję, że z portu
Vela Luka wyszliśmy ( po koniecznych zakupach, kawach i śniadaniach)
0755 UTC. Początkowo na katarynach, potem na żaglach helmsmani
obrali kurs 150 na Otok Lastovo. Wiatr zelżał w nocy i wystarcza
jedynie na leniwe żeglowanie. Na większości łódek trwają
spokojne zajęcia muzyczne, część ekip przygotowuje już popisowy
numer na pożegnalny wieczór. Nie jest to jednak zupełna idylla. Po
wczorajszych popisach Jadranskiego morja pozostała tzw. Martwa fala
i dla wielu z nas nie jest to przyjemne. Złowrogi bulgot w żołądkach
przerywa czasem warsztaty, a wejście do messy nadal blokuje „pole
siłowe”. Część floty zmienia kurs do Lastovskiego Kanalu i
zasłonięci od rozbujanego morza powracają do zajęć nie tylko
muzycznych. Teraz dominować zaczynają, jakby to powiedziała
Hiacynta Bukiet-Żakiet : atrakcje aquafurialne z pontonami. Nie mam
dowodów na to że i Tomek Kamiński moczył coś więcej niż nogi,
ale z pewnością przywdział neopren i prężył się do kamery. Coraz więcej słońca i
coraz mniejsze fale z każdą chwilą poprawiają samopoczucie na
tyle, że próbujemy ćwiczyć węzełki. Każdy kiedyś uczył się
węzła ratowniczego, ale czy można go wykonać nie na, ale obok
ciała ? Wiele prób zrobienia bowline hitch na własnym udzie
owocuje miejscową depilacją, a rozpłaszczanie węzła płaskiego
tasakiem przeprowadzamy tylko na desce do krojenia. Czujecie już
powracającą luźną atmosferę ? Tylko że nie do końca, bo
zbytnie skupienie się na linach rozsierdzia wciąż obolały
błędnik. Rzucamy więc wszystkie okonki ( czyt. Linki) sternikowi
i oddajemy się błogiemu lenistwu. Lekkie poruszenie wśród kamer i
aparatów foto wywołuje urokliwe wejście do maleńkiego portu
Skrivena Luka. Woda znów zdaje się zapraszać, zaraz więc po
zacumowaniu ochotnicy ruszają na podbój głębin zatoki tym
bardziej, że Gąsiu obiecał nam pokazać, jak spożywa się
jeżowce. Zapomniał jednak dopowiedzieć, że mamy je zbierać żywe,
a nie puste skorupki, które teraz walają się po keji i kokpitach. Do wieczora trwa swobodny
rozgardiasz, na kuchenkach bulgoce makaron, sałatka grecka robi
furorę. Pierwszy raz od dwóch dni można swobodnie korzystać z
portowych toalet, a to na prawdę daje poczucie bezpieczeństwa.
Gąsiu nie zrażony niepowodzeniem z jeżowcami, walczy teraz z
krewetkami buzaro, miażdżąc im szczypce i łamiąc pancerzyki.
Upaprał przy tym nie tylko siebie, ale i wszystkich dookoła.
NA PEWNO TAK
Niby standardowe już dla
nas popołudnie, ale zrazu coraz to większy tłok na dość wąskim
pomoście i to nie za sprawą ponad 20 metrowego „dinozaura” z
hinduską obsadą niezgrabnie cumującego. Z czeluści swego jachtu
wyłonił się k. Ponury i czujnie skrada się do pawęży łodzi
Mariusza, a tam czeka już na niego rusałka w bieli i .... na
bosaka. Dawno już przez Nią uwiedziony, lata spędził Ponury
zgłębiając arkana prac bosmańskich by z misternie uplecionych
okowów się wyzwolić. W końcu sam pojął, że albo nadal jest z
rzemiosłem żeglarskim na bakier, albo pęta miłe mu są i czas ich
uświęcenia nadszedł. Jeszcze chwilę trzymał Mariusz arkę na
cumach, dając szansę młodej parze na czmychnięcie, wtem szybkie „
Oddać mooring, oddać cumy rufowe, half ahead, włączyć piecyk i
mikrofon” i nie było odwrotu. Okręt stanął na redzie, a kapitan
dokonał czynności oficjalnych, które wszyscy słyszeliśmy nadal
tłocząc się na drewnianym podeście. Marsza weselnego na
harmonijkach grali Gąsiu, Romek i Boruta, a może ktoś jeszcze, bo
melodię niosło po całej zatoce. Kiedy wrócili, pierwszy raz w
życiu widziałem uśmiech ulgi na twarzy Ponurego i od teraz mogę
go już nazywać Kapitan Półponury. A Rusałka ? Cóż, zawsze
jest pogodna, a więc constans z wyjątkiem obuwia, które przy mniej
oficjalnych okazjach zakłada. W końcu cała gawiedź
ląduje w restauracji, przy wspólnym stole zastawionym miejscową
szynką, serem, oliwkami i winem weselnym oczywiście. Dzisiaj nie
ma w planach żadnych koncertów; dzisiaj czeka nas muzyczna wolna
amerykanka, toasty, świganie bukietem i przerażenie przyszłych
Panów Młodych.
Aha, jeszcze jedno. Z tym
ślubem to było serio, serio.
LUZIK
Oj działo się wczoraj,
działo, a nawet armata. Ponoć, bo muzycy to raczej nocni
długodystansowce i zdzierżyć ich formę jest trudno. Rano za to
zaczyna się dla nich tuż przed 1300. Łajby są już ich domem, w
którym pielesze odgrywają niebagatelną rolę. Jeślibyście mieli
kiedykolwiek okazję pływać z artystą pamiętajcie : nigdy, ale to
przenigdy nie nakazujcie porządkowania kajut. Nie dość, że zrobi
się niewyobrażalny bałagan, na dodatek nic nie będzie można
znaleźć no i jest to działanie na kilka minut, a więc strata
czasu. Za to po 3 dniach na wodzie nie słyszą warkotu silnika,
spadając z koi w przechyle lądują miękko na gretingach wciąż
opatuleni kocykami, a poduszka zawsze upada pierwsza i zawsze ląduje
na niej głowa. Z niewielkiej zatoki
Lastowa wychodziliśmy ok. Godziny, tyle trwało śniadanko na wodzie
i parzenie kawy. Od pewnego czasu skipperzy przekazywali dowodzenie
łodziami załogantom dla sprawdzenia ich predyspozycji i sprawienia
radości kierowania ośmiotonowym TIRem. Oprócz załogantów
wytypowanych do steru, pozostali dalej ćwiczyli muzyczne rzemiosło,
odsypiali poprzednią noc albo wystawiali już nie takie blade ciała
do słońca. W pewnym momencie miałem wrażenie, że zachowują się
jak w tramwaju. Niewiele obchodzi ich jak pociąg jedzie, co się
dzieje na zewnątrz, czy nie zmieniliśmy trasy z powodu remontu
torowiska. Co pewien czas omiatali wzrokiem otoczenie, czy to aby nie
ich przystanek. Brakowało tylko gazeciarza rozdającego „Metro”.
Chwilami wiało nie słabiej niż w poprzednich dniach, byłem więc
lekko zdziwiony że załoganci przykurczeni wcześniej na nawierznej
kokpitu, dzisiaj raczej z nudów stawali do steru. Ewenementem była
Zofia, żona .............. dla której przechyły i falowanie nie
były wystarczającym usprawiedliwieniem aby pokazać się bez
makijażu.
Lekkie ożywienie
pojawiło się dopiero gdy weszliśmy peljeskiego kanalu i
zmierzaliśmy do Korculi. Fakt : urokliwe miejsce z małymi wysepkami
i widok powoli zbliżającego się półwyspu ze średniowieczną
starówką. Tym razem berthowaliśmy w marinie ACI ze podstawowymi
wygodami ale nadal zaledwie kilka kroków od centrum miasteczka. I
ponownie po posiłku gros załóg ruszyła do zwiedzania miasta Marco
Polo. Popołudnie zaniosło się chmurami i lekki deszczyk spłukiwał
resztki płodów z bazarowych stołów. Dzisiejsze granie
przygotowujemy w kafejce Marco Polo Mistique pod osłoną markiz, nie
obawiamy się więc nagrania nastepnego wodnego odcinka „Harmonijki,
cały świat”.
Jak co wieczór, o
pierwsze wrażenia dbają gitarzyści: Jaguś i Grząski. Ich radość
grania szybko udziela się wszystkim posiadaczom jakichkolwiek
instrumentów. Nie powiem żeby rozpychali się łokciami do wolnego
piecyka, ale grzecznie czekając na swoją kolejkę, niecierpliwie
przestępują z nogi ...na cudze nogi. Dzisiaj debiut zalicza Stachu,
syn Satka i przyznać muszę, że instrument wcale mu nie
przeszkadza. Wreszcie widzimy pierwsze efekty pracy Jagusia.
Skipperzy dość szybko
opuszczają zabawę, bo jutro prawie 50 Mm i wstać o pogańskiej
godzinie muszą. Satko ostatkiem sił szuka owieczki, co by o sprzęt
zadbała i uspokojony wielogłosowym : pomożemy, wolno znika w
mroku.
JO LO LO JII
0400 UTC, dookoła
szarość panuje, kapitanowie ze śpioszkami w spojówkach siorbią
cierpką kawę. Zanim oddadzą cumy muszą sprawdzić, czy cała
załoga zdążyła wrócić z imprezy. Delikatnie przekręcają
kluczyki w stacyjkach, licząc że silniki będą pracować cichutko
i nie pobudzą załóg. Nawet niechcący obudzonych, miarowy warkot
diesla znów usypia i w ten sposób nici z komenderowania. Sami
musimy poupychać fendery, sklarować cumy no i w ogóle samotność
w kokpicie zmusza do refleksji, a to boli. Autopiloty prowadzą przez
Peljeski Kanal, znudzeni skipperzy co rusz zmieniają miejsca
dyndania, aż jachty wychodzą na Korculanski Kanal i można się
pobawić żaglami. Z czasem, w tempie ospałego ślimaka załoga
wślizguje się do kokpitu służąc pomocną, choć jeszcze
bezwładną kończyną. Po minięciu wschodniego cypla Hvaru
przechodzimy do pełnych kursów na domyślnym wietrze, i w ruch idą
instrumenty.

Pamiętacie jak
zazwyczaj ćwiczymy manewr podejścia do „człowieka za burtą”?
Tzw. Monachijka, ósemka sztagowa, kataryna.
Wszystko fajnie, kiedy wyrzucamy odbijacz i zręcznie łapiemy go
bosakiem. Każdy szybko kuma „ o co biega”, i manewr mamy
zaliczony. Jednak ze swej strony polecam też rzeczywiste podjęcie
człowieka, także udającego nieprzytomnego. Nie tak łatwo wciągnąć
go na pokład jak miękkiego i lekkiego fenderka. Warto przećwiczyć
całą procedurę, bo aby kogoś podjąć, nie można go najpierw
zgubić wśród fal, ktoś musi operować radiem, na pokładzie
przyda się cała załoga itd, itd. Pewnie zostanę teraz wyśmiany
przez wielu żeglarzy, ale na prawdę uważam, że najmniej istotna
jest w tym momencie umiejętność pływania na żaglach. Dlaczego ?
Każdy załogant, któremu do tej pory powierzyłem prowadzenie
jachtu na silniku radził sobie bez zarzutu. Kto zdał parkowanie w
WORDzie, zawsze poradzi sobie z kręceniem kołem, i nawet jeśli nie
podpłynie do celu za pierwszym razem, zawsze może powtórzyć.
Ważniejsze jest, aby potrafił w sposób opanowany dowodzić
zespołem i nie zapomniał o tych wielu „drobiazgach”, które
uratują życie. Do tego ćwiczenia idea
lnym miejscem jest właśnie
Adriatyk z dwóch powodów : to tutaj właśnie plażując w czasie
pasażu najczęściej zapominamy o podstawach bezpieczeństwa ( kiedy
ostatni raz przy 6 B ubraliście załogę w wątpliwej jakości
chorwackie szeleczki ?) oraz warunki klimatyczne: ciepła woda, lekka
bryza, słoneczko.
No i wystarczy tej
powagi! Szukaliśmy powodu do zabawy po dwóch godzinach piskania i
znaleźliśmy. Pierwszego rozbitka na naszej łodzi markował Marek
Jędrzejczak, taternik który sprawdził wytrzymałość wysuniętego
bomu. Jego mokry uśmiech zachęcił następnych i tak mieliśmy
okazję wciągać na pokład delfinki, foczki, a nawet Krzysztofa-
niezłego walenia! ( tego ostatniego podjęliśmy jak tradycyjny
trawler, od pawęży). Sprawdzona została pływalność trapu pod
obciążeniem ( choć niewielkim) i maxymalna prędkość, przy
której płynąc na fenderze można grać na harmonijce. Od teraz
nieoficjalny rekord Guinnesa należy do Wiśni i wynosi 5,30 Kts.
Wpływając do „fiordu”
Vrboska, pojawił się przed nami ponton, którego nasz helmsmen
zamierzał minąć lewą burtą, ale gościu dalej szedł „ na
tchórza”. No to my w drugą mańkę, a ponton znów wykonał
piruet i kręci nam się przed dziobem. Spanikowany stanąłem przy
sztagu i wtedy poznałem Alfredo! Miejscowy kapitan portu z honorami
prowadził nas do pirsu. Kiedy my przestaliśmy merdać rufą,
Alfredo także uspokoił kurs swojego gumiaka, podprowadził do keji
i uprzejmie podał mooring.
Chyba wszyscy mieli już
dość gotowania na pokładzie, bo wieczorem w knajpce nad mariną
mlaskanie i siorbanie były dźwiękami dominującymi do czasu, gdy
Bartek Łęczycki rozpoczął wspominki o R. Skibie Skibińskim. W
zwięzłej prelekcji pomógł mu Cielak, a czas na dokończenie
konsumpcji buforowały nagrania Dżemu. W końcu zaczęły się
prezentacje przygotowanych przez łódki utworów. Wydawać by się
mogło, że zmęczeni prawie tygodniowym imprezowaniem czekać
będziemy jedynie na zasłużony odpoczynek. Nic z tego. Moim zdaniem
był to najciekawszy, najostrzejszy i najzabawniejszy jam w całym
rejsie, i nawet czasem było bluesowo. Kto brylował tej nocy ? Moim
zdaniem gwiazdą wieczoru został Satko i to nie tylko za sprawą
brawurowo wykonanego „ Z miłości do Ciebie”, a także
wyrafinowanych supportów, ale o tym sza....
THUNDER BAY
Przed nami ostatni etap,
powrót do Splitu. Od rana ( tutaj zalecam wybuch śmiechu) słoneczko
i lekka bryza podpowiadają pośredni cel pasażu. Chcemy zatrzymać
się na piaszczystej plaży na wyspie Brać, niedaleko wioski Bol.
Spokojna woda przy wyjściu z zatoki, stawiamy żagle. Wprawdzie nad
plażą, którą widzimy z oddali zebrały się ciemne cummulusy, ale
narastająca cisza nieco nas usypia. Niewinne pytanie Agi, czy to nie
jest przypadkiem cisza przed burzą stawia nas na równe nogi. Fakt,
całkiem niedaleko na NE ciepie błyskawicami, a sine chmury dosięgły
już morza. W „ te pędy” zrzucamy żagle, które i tak wiszą
sflaczałe, odpalamy katarynkę i nasłuchujemy radia. Mariusz
wyraźnie radzi, aby Hvarski Kanal pokonać jak najbliżej wyspy
Hvar, wtedy być może unikniemy burzy. Dla części jachtów jest
już za późno. Są już w środku kanału i widać jak w pośpiechu
klarują osprzęt, ształują klunkry i przełykają nerwowo ślinę.
Zdążyli w samą porę, bo chwilę potem są w rejonie „pięknej
wody”. Co to jest piękna woda ? Pewnie nie raz widzieliście, że
morze mieni się raczej stonowanymi barwami. Wydaje nam się, że
jest turkusowe, ale dopiero gdy nadchodzi burza woda dostaje
prawdziwie jaskrawego koloru, na dodatek silne podmuchy odrywają
czubki niewielkich fal tworząc nad nimi białe grzywki podkreślające
kontrast sinego tła z morzem.
Ciekawy obrazek: ze
starboard widzimy piękną burzę nad Braćem, a z portside zalany
słońcem Hvar. Już mamy zmieniać kurs na Splitskie Vrota, kiedy
siność odpływa na południe a przed dziobem skrzy się złoty
piasek cypla Bol. Po 2 Mm sześć jachtów kręci bączki stojąc na
kotwicach, wreszcie odpalone zostały silniczki przeszkadzające nam
przez cały rejs w wydawaniu cum zawieszone na koszach rufowych i
możemy wylegiwać się na prawdziwej plaży. Czas idylli przeciągany
jest w nieskończoność. No prawie, bo nawołujący gwizd Satka
przeszywa wszystko w promieniu kilku mil. Jestem zadowolony z takiego
obrotu sprawy. Wszyscy zwrócili się w naszym kierunku i zamiast
„heyowania” wystarczył lekki ruch dłoni aby moja ekipa pokornie
wróciła na pokład.
Cóż, do samego portu w
Splicie terkotaliśmy dieselfokiem, przepuszczając po drodze prom
„wiadrolinji” i bawiąc się w zawężoną cyrkulację. Przed
odstawieniem jachtu ustawiliśmy się w kolejkę dla uzupełnienia
paliwa. Jako że stacja paliw w Splicie jest najgorzej zorganizowaną
jaką kiedykolwiek widziałem, zanosiło się na upierdliwą walkę
także dlatego, że nadszedł boczny wiatr spychający jachty na
skaliste nabrzeże. Jednak na zbliżającej się powoli następnej
jednostce, kompania .......... uruchomiła piecyki, gitary i
harmonijki i już po chwili na wszystkich łodziach znów zadomowił
się blues. Nagle ustały walki o pozycję do dystrybutora, na
deckach wzmógł się niezorganizowany ruch niekiedy przypominający
tańce to znów prace bosmańskie ( w tym drugim brylował skipper
Marcin). Jeden ze sterników zamierzał nawet zacumować na
kardynałce by móc uwolnić od steru ręce w celu : klaskać.
Początkowo wydawało nam
się, że imprezę zakończyły rytualne czynności : podsumowania
kapitanów, podziękowania na pirsie i uroczyste zdjęcie bander, ale
nie. Prawdziwy koniec nastąpił następnego,sobotniego poranka,
kiedy po tygodniu uśpienia rozdzwoniły się telefony i każdy z nas
zaczął szeptać jakby chciał postawić granicę pomiędzy dwoma
nachodzącymi na siebie światami.

Dzięki Ani, Wiśni, Kasi za udostępnienie fotek