Skipper Klub   Rejestracja Zaloguj się  


  Dodaj wpis
Warsztaty Harmonijkowe pod żaglami
Dodał: Armando 2010-06-23 23:25



ROZGRZEWKA

             8 maja.    

           W  pochmurne południe, na parking nieopodal mariny w Splicie zajeżdża autokar, w którym całą noc dość hucznie obchodzono 65 rocznicę zakończenia radzieckiej wojny ojczyźnianej. Siłowniki powoli uchylają drzwi, w których natychmiast pojawiają się pierwsi podróżni. Sprawne wieloletnią praktyką nadgarstki uruchamiają zapałki i zapalniczki i już po chwili błękitne smużki dymu ślizgają się po szybach pojazdu aż do dachu, niechętnie się od niego odrywając. Pierwsze krople dżdżu nie zatrzymują wylewającej się na ulicę ludzkiej fali, powodują jednak lekkie zdziwienie : czy kierowca nie pomylił trasy ? To jest ta słoneczna Chorwacja ? Na dodatek słychać złowrogie sssssyczenie. To inne mechanizmy otwierają luki bagażowe. Deszcz narasta, ale tylko nieliczni zwracają uwagę na wyraźne sugestie kierowców, że to jednak koniec trasy i wyciągają swoje torby, szukając w nich okryć przeciwdeszczowych. Z czasem wszystkie bagaże lądują na asfalcie i odnajdują swoich właścicieli. Ulewa wciąż się wzmaga, a lekko ogłuszony tłum kręci się po parkingu szukając jedynego słusznego schronienia przed przemoczeniem świeżutko wyprasowanych T-shirtów. Nagle ktoś rzuca :

- Do mariny musimy iść w lewo i w dół.

- Do jakiej Maryny? To miały być warsztaty bluesowe a nie jakiś folk !

           Tłum rusza powoli, jak żółw ociężale i rytmicznie przyspiesza w takt zacinających kropel.

               Samozwańczy przodownik stada zatrzymuje całą procesję w porcie przy biurze armatora i znika za jego drzwiami.  Po chwili wszyscy mogą już zabezpieczyć swój dobytek w pobliskim kontenerze choć nadal nie wiedzą      jak uchronić siebie samych przed ulewą. Pada hasło : do baru !

            Z  każdą wydaną zza kontuaru kawą i piwem humor przyjezdnych zdaje się poprawiać, ale nie brakuje nieufnych spojrzeń na spływające po szybach kawiarni krople. Oczekujący na wydanie jachtów nie śpieszą się, mając nadzieję na nagłą odmianę aury, ale kiedy już wszystkie filiżanki i kufle są puste, do kontrataku ruszają kelnerzy. Jeden żwawo zbiera naczynia z ław, drugi uzbrojony w mopa zaczyna systematycznie wymiatać gości. Oportunistom tłumaczy, że lokal jest zarezerwowany nie przerywając mlaskania ścierką.

            Kolejno opuszczając kawiarnię, wszyscy gromadzą się na tarasie, częściowo pokrytym parasolami. Kapiące z powiek krople spłukują budujące się w oczach pioruny, ale i tak widać że suszący podłogę kelnerzy nie czują się pewnie i cały czas ostentacyjnie spoglądają na swoje „komórki”. Teraz cała grupa przypomina kolonię pingwinów w mroźny, arktyczny dzień, choć pingwiny są zazwyczaj bardziej skupione na przetrwaniu, a nie na opowiadaniu dowcipów. Przykładną odwagą wykazują się skiperzy, którzy w strugach deszczu wyruszają na odbiór łódek.

              Niedługo potem nimbusy bezpowrotnie opuszczają Split, a pojedyncze krople leniwie kołyszą się na bomach i cała wycieczka rozpoczyna wyładunek w kajutach. Na początku, jak zwykle robi się wielkie zamieszanie. Wszystkie bagaże lądują w kokpicie skutecznie uniemożliwiając poruszanie się po łódce. Trap wydaje się za wąski do mijania, a wybór kajuty niesie ze sobą wiele wątpliwości. Znów wkraczają dzielni kapitanowie i niczym stójkowi na rondzie regulują ruchem pakunków, załogi i stressu. Jakaż to błoga chwila, kiedy rozpakowana już załoga, ale nadal lekko spłoszona posłusznie siada w messie i w skupieniu słucha wykładu skipcia, a to o wachtach, to znów o działaniu kingstona. Chłoną wiedzę, jak to się mówi „ jak gąbka”. Bawią się zaworkami i pompują wodę do kibelka dziwiąc się strumyczkowi biegającemu po muszli i znikającemu w otchłaniach Adriatyku.

- To co robimy z papierem ?

- Jaja sobie z nas robisz !- spoglądają na siebie w oczekiwaniu, że skipper innych też „wkręcił”

             Prelekcja dobiega końca, rum także, wreszcie można spokojnie popatrzeć na widok portu, poszarpane falami morze i zlustrować okolice dla uzupełnienia właśnie nadszarpniętych zapasów. Tak więc część załóg rozpierzchła się po nadmorskim bulwarze smakując przy okazji wąskie uliczki starówki, inni zajęli się wieszaniem flagi imprezy na topenancie i ensignów pod lewym salingiem, pozostali natomiast utworzyli zbiegowisko wokół Satka Żukowskiego, organizatora warsztatów, wyciągającego coś z auta.

            Najpierw z bagażnika na betonowy pirs tuż przy jachtach wylądowały stelaże, zaraz po tym Satko dokręcił do nich głośniki, porozwijał kabelki, połączył z mixerem i zaprosił pierwszych muzyków do jamowania. Kto zaczął ? Nie wiem, ale dźwięki harmonijki przy akompaniamencie gitary wabiły i hipnotyzowały. Na wszystkich sześciu łodziach imprezy, w zejściówkach pojawiały się łebki, i niczym pieski preriowe wyciągały szyje nasłuchując skąd płyną dźwięki, a kto już nie mógł sforsować schodów w messie, popijając „herbatę” stukał obcasem nie zamienionego zawczasu na japonki podróżnego mokasyna.

               Zmierzch nadszedł niepostrzeżenie i najbardziej zaskoczył skiperów stojących nadal na skylightach przy      masztach, z linkami flagowymi w zmurszałych dłoniach i z rozdziawionymi paszczami. Teraz oni dostawali lekcję pokory widząc jak sprawne mogą być palce, usta i języki. Tupali dowolną stopą do rytmu po plexie okienka, kiwali się do rytmu, ale nie byli w stanie ukryć swojego zaskoczenia. Żółte światła latarń na keji dawały wystarczający nastrój zmieniającym się przy mikrofonach bluesmanom. Nigdy nie starzejące się „kawałki” morze niosło po całym porcie jeszcze długo. Kak dołgo ?Aż nagle wszystko zgasło.

Tak właśnie zainicjowaliśmy I Międzynarodowe Warsztaty Harmonijkowe pod Żaglami.


PIERWSZE DORSZE ZA PŁOTY


   Niedzielny poranek miał być leniwy, powinien z rozwagą rozkręcać nastroje. Pewnie tak by się stało, gdybyśmy wstali pół godziny wcześniej, a na pewno gdyby prowadzący flotę Mariusz wstał nieco później. Widząc głównodowodzącego czyniącego przygotowania do wyjścia, pozostali kapitanowie w popłochu parzyli kawy, klarowali łódki nie oglądając się na załogę, z prędkością „kałacha” tłumaczyli nowicjuszom procedury odejścia od keji. Łukasz Wiśniewski krążył pomiędzy jachtem, na którym nie ostygła jeszcze jego pościel, a łodzią na której wkrótce ma rozpocząć warsztaty harmonijkowe. Lwia część załóg niczym mrówki dreptała w pochodzie do i z toalety, czule tuląc przybory i ręczniki. Idąc Tam, skruszeni kontemplowali każdy skrawek betonowego pirsu, wracali już rozpromienieni, gotowi do wyzwań. Tego rozgardiaszu zdawał się zupełnie nie rozumieć Kapitan Ponury. Popijał spokojnie piwko, by na rejs mieć świeżą popielniczkę w kokpicie, a do mijających go uśmiechał się unosząc zawsze tylko jeden kącik ust, czasem lekko się kłaniał, a czasem nawet podnosił dłoń w geście „ave”.

   Zaburczały pierwsze silniki, odłączone zostały kable i węże. Trapy powędrowały na burty i flota opuściła marinę. Aż do główek portu Split klarowano cumy, upychano fendery i dojadano śniadanie. Pierwsze kilka Mm płyniemy na silnikach, dając szansę prowadzącym zajęcia do poznania swoich owieczek. Na różne łódki rozstawieni zostali instruktorzy harmonijki : Romek Badeński, Bartek Łęczycki, Łukasz Wiśniewski i Krzysiu Gąszewski. Klasą gitary trzęsie ( także ze śmiechu) Jacek Jaguś .... . Ogólna atmosfera jest luźna, lekki wiaterek i pomruk „kataryny” nie przeszkadza w zabawie. Po minięciu Splitskich Vrat ( Brac vs. Solta ) na masztach pojawiają się pierwsze żagle i milkną silniki. Jeszcze mila i cała flota mknie na pełnym ożaglowaniu pozornie tylko rozpierzchając się. Skiperzy poznają jachty. Niektórzy są zdziwieni, że bajdewind jest dla ich łódki nieosiągalny i odpadają na Vis. Inni nadal mrucząc ćwiczony przed chwilą temat walczą z szotami i trymlinkami aby nie odpaść za daleko od kursu na Hvar. Na 12-letnim Elanie skipcio walczy z zaworami w kibelkach, a załoga majstruje przy autopilocie. Łodzie gną się coraz bardziej wywołując u wszystkich euforię.

  Kanał pomiędzy Palmiżanem i Hvarem to miejsce gdzie wszyscy zrzucają żagle i znów na silnikach ustawiają kurs na port miejski w Hvarze. O typowej dla polaków godzinie obiadowej wszyscy stoją już na mooringach, a że przechył skutecznie zniechęcił załogi do korzystania z toalet pokładowych w czasie rejsu, rozpoczęto Match Racing do toalet miejskich.

Cumujemy kilkadziesiąt metrów od rynku starówki, bezpośrednio przy promenadzie i kawiarnianych ogródkach. Wachty pichcą, niektórzy z nas popijają dołgą kave patrząc z dystansem na łodzie, reszta rozeszła się zwiedzać miasto. Jest kilka godzin czasu do zaplanowanego koncertu.Satko ze Stachem zajęli się rozstawianiem nagłośnienia w ogródku przed wejściem do hotelu. Tym razem na stelażach zawisł baner wszem  wieszczący, że warsztaty są Memoriałem Ryszarda Skiby Skibińskiego. Przy wejściu, wśród palm dumnie łopoczą imprezowe flyery. Dzień kończy się powoli, ostatni fotoamatorzy powracają z usadowionej na pobliskim wzgórzu starej twierdzy. Jaguś podłączył piecyk na jachcie i kontynuuje ćwiczenia, a małe grupki harmonijkarzy piskają rozsiane tu i ówdzie.

  I kiedy już zgasło słońce, a port oświetliły światła potężnego powerboat`a pod gibraltarską banderą, zabrzmiały pierwsze dźwięki „ Hard Times”. Piotr „Grząski” Grząślewicz na gitarze i Łukasz „Wiśnia” Wiśniewski – harmonijka, vocal, precyzyjnie manipulowali narastającymi emocjami. Parki przechodniów w różnym wieku zatrzymywały się czasem na dłużej, przytulali się mocniej niż zwykle, kołysali z wtulonymi w siebie twarzami zatopieni w rytmie „Ain`t no sunshine”. Już wiecie jak grali ? Poszukajcie w internecie, a najlepiej kupcie ich płytę, bo mój warsztat za kiepski jest na takie opisy.  I przyszedł taki moment, kiedy Wiśnia zaprosił na scenę zmiennika, potem następnego i jeszcze jednego, a i Grząski przełączył się na odbiór. Zachwycona naszą aktywnością restauratorka pomagała kelnerom, my dbaliśmy o muzyków, oni dbali o nas, a my o restauratorkę. Tak właśnie stworzyliśmy własny, mały ekosystem z łańcuszkiem pokarmowym.

VOMITSDAY


   Zgodnie z założeniami, poranki zaczęły się przesuwać powoli w kierunku południa. Po wczorajszym jam session, pierws ze kawy można było śmiało pić w otwartych już kawiarniach, markety także zapraszały do trwonienia Kun ( i jak to Cielak stwierdził : i ich młodych- chomików). Za to na targach rybnych o tak późnej porze wybór był nijaki. Po wykonaniu rutynowych już czynności, z Hvaru wychodziliśmy jak to mój logbook wskazuje o 0915 UTC( czyli 1115 local ). Lekko zciszyłem Radio Split, które podawało prognozę : Yugo S / SE do30 Kts. Krótko po wyjściu na otwartą wodę zapuściliśmy napęd ECO i poszliśmy na południe ostrym bajdewindem. Z upływem mil fala rosła, wiatr tężał, łodka kładła się na starboard, a facjaty załogi zlewały się z bielą kokpitu. Chyba nikt wtedy nie myślał o zajęciach muzycznych, ale pewności nie mam. Moja załoga opatulona po czubki głów uparcie wpatrywała się w znikający za rufą Otok Hvar, a ja cyklicznie sprayowałem im oczy ( i nie tylko) morskim płynem fizjologicznym. Tutaj mała dygresja; ponoć popełniłem błąd, bo płyn zwilżający gałki ma inne stężenie soli. W każdym razie u większości załogantów błędnik rozpaczliwie czepiał się jakiegokolwiek punktu na horyzoncie, a czarna otchłań za zejściówką stała się Tabu. Kiedy pierwsze vomity ujrzały światło dzienne, radio pokładowe stało się prawdziwym medium bookmacherskim:

    • Makarska,Makarska,Makarska, tu Hvar... kanał 72, odbiór

    • Hvar, tu Makarska odbiór

    • Makarska, Grand Prix dla Igny.

    • Makarska,Hvar, tu Studevac, najwyżej Day Prize, Grand Prix z wczoraj dla moich

    • Hvar ilu u Ciebie ?

    • Tu Hvar,... trzech

    • Tu Makarska,... mamy remis, bez odbioru

    I takie to rozmowy towarzyszyły testom skorup łodzi na wysokiej, dość krótkiej fali. Skipperzy to jednak litościwi ludzie, którzy zazwyczaj wyczuwają granice znośnych tortur w odpowiednim momencie włączając silniki i zrzucając żagle. Wprawdzie fale wtedy nadal miotają jachtem, przez kokpit nadal przewalają się spraye, ale załoga wie że skipcio o nich dba. Scenariusz ten sprawdził się i tym razem, a kiedy w zatoce Vela Luka prawie zanikła fala a wiatr powoli suszył ubrania, nikomu już nie przeszkadzała lekka mżawka. Zaberthowaliśmy łodzie w porcie miejskim Vela Luka, klar poszedł już sprawnie i większość z nas uzbrojona w fotoaparaty rozpoczęła explorację małego miasteczka. Ja natomiast uzupełniłem zapas miejscowych ćmików i poczłapałem w mokrych laczkach do kafejki, gdzie umówiony mieliśmy następny koncert. Po krótkiej pogawędce z właścicielem Casablanki, kawiarni na rogu portowego placu, rozlokowałem sprzęt i czekałem na gości. Jak zwykle wieczorem bar zapełniał się powoli, i jak zwykle tuż po zmroku, w scenerii podświetlanych palm miał się rozpocząć koncert. Wcześniej jednak Krzysztof „Gąsiu” Gąszewski przygotował wszystkim warsztatowiczom krótki wykład. Kompletnie nie kumam tych G7,EMajów, czy durów, a pentatonikę uważałem za oddział pentagonu lecz postanowiłem posłuchać. Gąsiu włączył na lapku jakiś rytm i zagrał do niego gamę. Potem ciągle kombinował z muzą na kompie, i urozmaicał sobie gamy, aż zrozumiałem że mając odpowiednie narzędzie oraz chęci można cały wieczór ćwiczyć w kółko to samo bez znudzenia. W sumie fajna zabawa, jeśli ma się słuch.  Częstując na powitanie nowo przybyłych miejscową rakiją, nie zauważyłem kiedy Jacek „Jaguś” i Bartek „Boruta” Łęczycki dali początek nowej, długiej bluesowej nocy. Chyba tego właśnie wieczora, już w części jammowej pierwszy raz zaprezentowali się uczestnicy z Rosji. ........ wymiatał na harmonijce wspierany przez własną sekcję rytmiczną. Znaliśmy się już od przynajmniej 40 Mm, więc i na tańce przyszedł czas, ale o tym pisać nie warto. Tańce jakie są, każdy widzi.



MARTWA FALA


   Adriatyckie poranki już powszednieją, z reporterskiego więc obowiązku podaję, że z portu Vela Luka wyszliśmy ( po koniecznych zakupach, kawach i śniadaniach) 0755 UTC. Początkowo na katarynach, potem na żaglach helmsmani obrali kurs 150 na Otok Lastovo. Wiatr zelżał w nocy i wystarcza jedynie na leniwe żeglowanie. Na większości łódek trwają spokojne zajęcia muzyczne, część ekip przygotowuje już popisowy numer na pożegnalny wieczór. Nie jest to jednak zupełna idylla. Po wczorajszych popisach Jadranskiego morja pozostała tzw. Martwa fala i dla wielu z nas nie jest to przyjemne. Złowrogi bulgot w żołądkach przerywa czasem warsztaty, a wejście do messy nadal blokuje „pole siłowe”. Część floty zmienia kurs do Lastovskiego Kanalu i zasłonięci od rozbujanego morza powracają do zajęć nie tylko muzycznych. Teraz dominować zaczynają, jakby to powiedziała Hiacynta Bukiet-Żakiet : atrakcje aquafurialne z pontonami. Nie mam dowodów na to że i Tomek Kamiński moczył coś więcej niż nogi, ale z pewnością przywdział neopren i prężył się do kamery.  Coraz więcej słońca i coraz mniejsze fale z każdą chwilą poprawiają samopoczucie na tyle, że próbujemy ćwiczyć węzełki. Każdy kiedyś uczył się węzła ratowniczego, ale czy można go wykonać nie na, ale obok ciała ? Wiele prób zrobienia bowline hitch na własnym udzie owocuje miejscową depilacją, a rozpłaszczanie węzła płaskiego tasakiem przeprowadzamy tylko na desce do krojenia. Czujecie już powracającą luźną atmosferę ? Tylko że nie do końca, bo zbytnie skupienie się na linach rozsierdzia wciąż obolały błędnik. Rzucamy więc wszystkie okonki ( czyt. Linki) sternikowi i oddajemy się błogiemu lenistwu. Lekkie poruszenie wśród kamer i aparatów foto wywołuje urokliwe wejście do maleńkiego portu Skrivena Luka. Woda znów zdaje się zapraszać, zaraz więc po zacumowaniu ochotnicy ruszają na podbój głębin zatoki tym bardziej, że Gąsiu obiecał nam pokazać, jak spożywa się jeżowce. Zapomniał jednak dopowiedzieć, że mamy je zbierać żywe, a nie puste skorupki, które teraz walają się po keji i kokpitach.  Do wieczora trwa swobodny rozgardiasz, na kuchenkach bulgoce makaron, sałatka grecka robi furorę. Pierwszy raz od dwóch dni można swobodnie korzystać z portowych toalet, a to na prawdę daje poczucie bezpieczeństwa. Gąsiu nie zrażony niepowodzeniem z jeżowcami, walczy teraz z krewetkami buzaro, miażdżąc im szczypce i łamiąc pancerzyki. Upaprał przy tym nie tylko siebie, ale i wszystkich dookoła.


NA PEWNO TAK


   Niby standardowe już dla nas popołudnie, ale zrazu coraz to większy tłok na dość wąskim pomoście i to nie za sprawą ponad 20 metrowego „dinozaura” z hinduską obsadą niezgrabnie cumującego. Z czeluści swego jachtu wyłonił się k. Ponury i czujnie skrada się do pawęży łodzi Mariusza, a tam czeka już na niego rusałka w bieli i .... na bosaka. Dawno już przez Nią uwiedziony, lata spędził Ponury zgłębiając arkana prac bosmańskich by z misternie uplecionych okowów się wyzwolić. W końcu sam pojął, że albo nadal jest z rzemiosłem żeglarskim na bakier, albo pęta miłe mu są i czas ich uświęcenia nadszedł. Jeszcze chwilę trzymał Mariusz arkę na cumach, dając szansę młodej parze na czmychnięcie, wtem szybkie „ Oddać mooring, oddać cumy rufowe, half ahead, włączyć piecyk i mikrofon” i nie było odwrotu. Okręt stanął na redzie, a kapitan dokonał czynności oficjalnych, które wszyscy słyszeliśmy nadal tłocząc się na drewnianym podeście. Marsza weselnego na harmonijkach grali Gąsiu, Romek i Boruta, a może ktoś jeszcze, bo melodię niosło po całej zatoce. Kiedy wrócili, pierwszy raz w życiu widziałem uśmiech ulgi na twarzy Ponurego i od teraz mogę go już nazywać Kapitan Półponury. A Rusałka ? Cóż, zawsze jest pogodna, a więc constans z wyjątkiem obuwia, które przy mniej oficjalnych okazjach zakłada.  W końcu cała gawiedź ląduje w restauracji, przy wspólnym stole zastawionym miejscową szynką, serem, oliwkami i winem weselnym oczywiście. Dzisiaj nie ma w planach żadnych koncertów; dzisiaj czeka nas muzyczna wolna amerykanka, toasty, świganie bukietem i przerażenie przyszłych Panów Młodych.

Aha, jeszcze jedno. Z tym ślubem to było serio, serio.

LUZIK


  Oj działo się wczoraj, działo, a nawet armata. Ponoć, bo muzycy to raczej nocni długodystansowce i zdzierżyć ich formę jest trudno. Rano za to zaczyna się dla nich tuż przed 1300. Łajby są już ich domem, w którym pielesze odgrywają niebagatelną rolę. Jeślibyście mieli kiedykolwiek okazję pływać z artystą pamiętajcie : nigdy, ale to przenigdy nie nakazujcie porządkowania kajut. Nie dość, że zrobi się niewyobrażalny bałagan, na dodatek nic nie będzie można znaleźć no i jest to działanie na kilka minut, a więc strata czasu. Za to po 3 dniach na wodzie nie słyszą warkotu silnika, spadając z koi w przechyle lądują miękko na gretingach wciąż opatuleni kocykami, a poduszka zawsze upada pierwsza i zawsze ląduje na niej głowa.  Z niewielkiej zatoki Lastowa wychodziliśmy ok. Godziny, tyle trwało śniadanko na wodzie i parzenie kawy. Od pewnego czasu skipperzy przekazywali dowodzenie łodziami załogantom dla sprawdzenia ich predyspozycji i sprawienia radości kierowania ośmiotonowym TIRem. Oprócz załogantów wytypowanych do steru, pozostali dalej ćwiczyli muzyczne rzemiosło, odsypiali poprzednią noc albo wystawiali już nie takie blade ciała do słońca. W pewnym momencie miałem wrażenie, że zachowują się jak w tramwaju. Niewiele obchodzi ich jak pociąg jedzie, co się dzieje na zewnątrz, czy nie zmieniliśmy trasy z powodu remontu torowiska. Co pewien czas omiatali wzrokiem otoczenie, czy to aby nie ich przystanek. Brakowało tylko gazeciarza rozdającego „Metro”. Chwilami wiało nie słabiej niż w poprzednich dniach, byłem więc lekko zdziwiony że załoganci przykurczeni wcześniej na nawierznej kokpitu, dzisiaj raczej z nudów stawali do steru. Ewenementem była Zofia, żona .............. dla której przechyły i falowanie nie były wystarczającym usprawiedliwieniem aby pokazać się bez makijażu. 

Lekkie ożywienie pojawiło się dopiero gdy weszliśmy peljeskiego kanalu i zmierzaliśmy do Korculi. Fakt : urokliwe miejsce z małymi wysepkami i widok powoli zbliżającego się półwyspu ze średniowieczną starówką. Tym razem berthowaliśmy w marinie ACI ze podstawowymi wygodami ale nadal zaledwie kilka kroków od centrum miasteczka. I ponownie po posiłku gros załóg ruszyła do zwiedzania miasta Marco Polo. Popołudnie zaniosło się chmurami i lekki deszczyk spłukiwał resztki płodów z bazarowych stołów. Dzisiejsze granie przygotowujemy w kafejce Marco Polo Mistique pod osłoną markiz, nie obawiamy się więc nagrania nastepnego wodnego odcinka „Harmonijki, cały świat”.

Jak co wieczór, o pierwsze wrażenia dbają gitarzyści: Jaguś i Grząski. Ich radość grania szybko udziela się wszystkim posiadaczom jakichkolwiek instrumentów. Nie powiem żeby rozpychali się łokciami do wolnego piecyka, ale grzecznie czekając na swoją kolejkę, niecierpliwie przestępują z nogi ...na cudze nogi. Dzisiaj debiut zalicza Stachu, syn Satka i przyznać muszę, że instrument wcale mu nie przeszkadza. Wreszcie widzimy pierwsze efekty pracy Jagusia.

Skipperzy dość szybko opuszczają zabawę, bo jutro prawie 50 Mm i wstać o pogańskiej godzinie muszą. Satko ostatkiem sił szuka owieczki, co by o sprzęt zadbała i uspokojony wielogłosowym : pomożemy, wolno znika w mroku.


JO LO LO JII


0400 UTC, dookoła szarość panuje, kapitanowie ze śpioszkami w spojówkach siorbią cierpką kawę. Zanim oddadzą cumy muszą sprawdzić, czy cała załoga zdążyła wrócić z imprezy. Delikatnie przekręcają kluczyki w stacyjkach, licząc że silniki będą pracować cichutko i nie pobudzą załóg. Nawet niechcący obudzonych, miarowy warkot diesla znów usypia i w ten sposób nici z komenderowania. Sami musimy poupychać fendery, sklarować cumy no i w ogóle samotność w kokpicie zmusza do refleksji, a to boli. Autopiloty prowadzą przez Peljeski Kanal, znudzeni skipperzy co rusz zmieniają miejsca dyndania, aż jachty wychodzą na Korculanski Kanal i można się pobawić żaglami. Z czasem, w tempie ospałego ślimaka załoga wślizguje się do kokpitu służąc pomocną, choć jeszcze bezwładną kończyną. Po minięciu wschodniego cypla Hvaru przechodzimy do pełnych kursów na domyślnym wietrze, i w ruch idą instrumenty.

Pamiętacie jak zazwyczaj ćwiczymy manewr podejścia do „człowieka za burtą”? Tzw. Monachijka, ósemka sztagowa, kataryna. Wszystko fajnie, kiedy wyrzucamy odbijacz i zręcznie łapiemy go bosakiem. Każdy szybko kuma „ o co biega”, i manewr mamy zaliczony. Jednak ze swej strony polecam też rzeczywiste podjęcie człowieka, także udającego nieprzytomnego. Nie tak łatwo wciągnąć go na pokład jak miękkiego i lekkiego fenderka. Warto przećwiczyć całą procedurę, bo aby kogoś podjąć, nie można go najpierw zgubić wśród fal, ktoś musi operować radiem, na pokładzie przyda się cała załoga itd, itd. Pewnie zostanę teraz wyśmiany przez wielu żeglarzy, ale na prawdę uważam, że najmniej istotna jest w tym momencie umiejętność pływania na żaglach. Dlaczego ? Każdy załogant, któremu do tej pory powierzyłem prowadzenie jachtu na silniku radził sobie bez zarzutu. Kto zdał parkowanie w WORDzie, zawsze poradzi sobie z kręceniem kołem, i nawet jeśli nie podpłynie do celu za pierwszym razem, zawsze może powtórzyć. Ważniejsze jest, aby potrafił w sposób opanowany dowodzić zespołem i nie zapomniał o tych wielu „drobiazgach”, które uratują życie. Do tego ćwiczenia idea

lnym miejscem jest właśnie Adriatyk z dwóch powodów : to tutaj właśnie plażując w czasie pasażu najczęściej zapominamy o podstawach bezpieczeństwa ( kiedy ostatni raz przy 6 B ubraliście załogę w wątpliwej jakości chorwackie szeleczki ?) oraz warunki klimatyczne: ciepła woda, lekka bryza, słoneczko.

No i wystarczy tej powagi! Szukaliśmy powodu do zabawy po dwóch godzinach piskania i znaleźliśmy. Pierwszego rozbitka na naszej łodzi markował Marek Jędrzejczak, taternik który sprawdził wytrzymałość wysuniętego bomu. Jego mokry uśmiech zachęcił następnych i tak mieliśmy okazję wciągać na pokład delfinki, foczki, a nawet Krzysztofa- niezłego walenia! ( tego ostatniego podjęliśmy jak tradycyjny trawler, od pawęży). Sprawdzona została pływalność trapu pod obciążeniem ( choć niewielkim) i maxymalna prędkość, przy której płynąc na fenderze można grać na harmonijce. Od teraz nieoficjalny rekord Guinnesa należy do Wiśni i wynosi 5,30 Kts.

Wpływając do „fiordu” Vrboska, pojawił się przed nami ponton, którego nasz helmsmen zamierzał minąć lewą burtą, ale gościu dalej szedł „ na tchórza”. No to my w drugą mańkę, a ponton znów wykonał piruet i kręci nam się przed dziobem. Spanikowany stanąłem przy sztagu i wtedy poznałem Alfredo! Miejscowy kapitan portu z honorami prowadził nas do pirsu. Kiedy my przestaliśmy merdać rufą, Alfredo także uspokoił kurs swojego gumiaka, podprowadził do keji i uprzejmie podał mooring.

Chyba wszyscy mieli już dość gotowania na pokładzie, bo wieczorem w knajpce nad mariną mlaskanie i siorbanie były dźwiękami dominującymi do czasu, gdy Bartek Łęczycki rozpoczął wspominki o R. Skibie Skibińskim. W zwięzłej prelekcji pomógł mu Cielak, a czas na dokończenie konsumpcji buforowały nagrania Dżemu. W końcu zaczęły się prezentacje przygotowanych przez łódki utworów. Wydawać by się mogło, że zmęczeni prawie tygodniowym imprezowaniem czekać będziemy jedynie na zasłużony odpoczynek. Nic z tego. Moim zdaniem był to najciekawszy, najostrzejszy i najzabawniejszy jam w całym rejsie, i nawet czasem było bluesowo. Kto brylował tej nocy ? Moim zdaniem gwiazdą wieczoru został Satko i to nie tylko za sprawą brawurowo wykonanego „ Z miłości do Ciebie”, a także wyrafinowanych supportów, ale o tym sza....


THUNDER BAY


    Przed nami ostatni etap, powrót do Splitu. Od rana ( tutaj zalecam wybuch śmiechu) słoneczko i lekka bryza podpowiadają pośredni cel pasażu. Chcemy zatrzymać się na piaszczystej plaży na wyspie Brać, niedaleko wioski Bol. Spokojna woda przy wyjściu z zatoki, stawiamy żagle. Wprawdzie nad plażą, którą widzimy z oddali zebrały się ciemne cummulusy, ale narastająca cisza nieco nas usypia. Niewinne pytanie Agi, czy to nie jest przypadkiem cisza przed burzą stawia nas na równe nogi. Fakt, całkiem niedaleko na NE ciepie błyskawicami, a sine chmury dosięgły już morza. W „ te pędy” zrzucamy żagle, które i tak wiszą sflaczałe, odpalamy katarynkę i nasłuchujemy radia. Mariusz wyraźnie radzi, aby Hvarski Kanal pokonać jak najbliżej wyspy Hvar, wtedy być może unikniemy burzy. Dla części jachtów jest już za późno. Są już w środku kanału i widać jak w pośpiechu klarują osprzęt, ształują klunkry i przełykają nerwowo ślinę. Zdążyli w samą porę, bo chwilę potem są w rejonie „pięknej wody”. Co to jest piękna woda ? Pewnie nie raz widzieliście, że morze mieni się raczej stonowanymi barwami. Wydaje nam się, że jest turkusowe, ale dopiero gdy nadchodzi burza woda dostaje prawdziwie jaskrawego koloru, na dodatek silne podmuchy odrywają czubki niewielkich fal tworząc nad nimi białe grzywki podkreślające kontrast sinego tła z morzem.

Ciekawy obrazek: ze starboard widzimy piękną burzę nad Braćem, a z portside zalany słońcem Hvar. Już mamy zmieniać kurs na Splitskie Vrota, kiedy siność odpływa na południe a przed dziobem skrzy się złoty piasek cypla Bol. Po 2 Mm sześć jachtów kręci bączki stojąc na kotwicach, wreszcie odpalone zostały silniczki przeszkadzające nam przez cały rejs w wydawaniu cum zawieszone na koszach rufowych i możemy wylegiwać się na prawdziwej plaży. Czas idylli przeciągany jest w nieskończoność. No prawie, bo nawołujący gwizd Satka przeszywa wszystko w promieniu kilku mil. Jestem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Wszyscy zwrócili się w naszym kierunku i zamiast „heyowania” wystarczył lekki ruch dłoni aby moja ekipa pokornie wróciła na pokład.

Cóż, do samego portu w Splicie terkotaliśmy dieselfokiem, przepuszczając po drodze prom

„wiadrolinji” i bawiąc się w zawężoną cyrkulację. Przed odstawieniem jachtu ustawiliśmy się w kolejkę dla uzupełnienia paliwa. Jako że stacja paliw w Splicie jest najgorzej zorganizowaną jaką kiedykolwiek widziałem, zanosiło się na upierdliwą walkę także dlatego, że nadszedł boczny wiatr spychający jachty na skaliste nabrzeże. Jednak na zbliżającej się powoli następnej jednostce, kompania .......... uruchomiła piecyki, gitary i harmonijki i już po chwili na wszystkich łodziach znów zadomowił się blues. Nagle ustały walki o pozycję do dystrybutora, na deckach wzmógł się niezorganizowany ruch niekiedy przypominający tańce to znów prace bosmańskie ( w tym drugim brylował skipper Marcin). Jeden ze sterników zamierzał nawet zacumować na kardynałce by móc uwolnić od steru ręce w celu : klaskać.

Początkowo wydawało nam się, że imprezę zakończyły rytualne czynności : podsumowania kapitanów, podziękowania na pirsie i uroczyste zdjęcie bander, ale nie. Prawdziwy koniec nastąpił następnego,sobotniego poranka, kiedy po tygodniu uśpienia rozdzwoniły się telefony i każdy z nas zaczął szeptać jakby chciał postawić granicę pomiędzy dwoma nachodzącymi na siebie światami.



Dzięki Ani, Wiśni, Kasi za udostępnienie fotek


skipperclub

Dodaj do:  Wykop.plWykop FacebookFacebook BlipBlip FlakerFlaker Śledzik
   Odsłon: 773
Oceń: 0.0 (0 głosów)
Tagi: chorwacja,   harmonijka   adriatyk,  


KOMENTARZE (3) dodaj komentarz
PRZEGLĄDAJ
Najnowsze
Najpopularniejsze
Najwyżej oceniane
Najczęściej komentowane

KATEGORIA
Wszystkie
Azory locja
Bałtyk locja
Blogi użytkowników
Chorwacja locja
Cieśniny locja
Czytelnia
Gadżet
Grecja locja
Hiszpania locja
Kambuz
Karaiby locja
Morze północne locja
Nawigacja
Norwegia locja
Poczekalnia skipperów
Ubezpiecznia

PODOBNE WPISY  
Dodał: achtab 2010-11-16 13:20
Wędkarz na jachcie (ku przestrodze)
W tym roku miałem na rejsie wędkarza....

Dodał: dskhh 2011-12-20 19:01
Darek Skorowski, "Władek"
Jachtowy Sternik Morski, Morski Sternik Motorowodny, Radiooperator Bliskiego Zasięgu SRC, Świadectwo przeszkolenia w zakresie bezpieczeństwa, zgodnie z konwencją STCW'95 (indywidualne techniki ratunkowe, ochrona przeciwpożarowa, elementarne zasady udzielania pierwszej pomocy medycznej, bezpieczeństwo własne i odpowiedzialność wspólna) Znajomość akwenów: Bałtyk, Adriatyk, Morze Północne, Norweskie, Kanał La Manche, Atlantyk (Wyspy Kanaryjskie)

Dodał: Best Sailing Club 2010-02-19 15:10
Maciek Adamczak
Jachtowy/motorowy kapitan żeglugi wielkiej, 98 tys. mil morskich, LRC (GMDSS), Radar /ARPA, STCW 95, The Moorings Skipper Level A

Dodał: Marcin MK Sailing 2010-01-25 18:52
Marcin Koc
Kapitan jachtowy, instruktor ISSA, instruktor sportu- żeglarstwo, świadectwo src, voditelij brodice, rocznik 1972. znajomość języków: angielski,rosyjski, chorwacki wciąż zgłębiam(-;

Copyright (C) 2010-2012 skipperklub